Sama nie wiem, co robię w MLM! Wywiad z top liderem – Iwona Goleniewicz

Buduje swój biznes trochę poza główną falą. Może nawet na opak? Działa we własnym rytmie, a największą radość w marketingu sieciowym sprawia jej odkrywanie siebie. Złoty Dyrektor tianDe, Iwona Goleniewicz to doskonały dowód na to, że w MLM można pozostać sobą i odnosić sukcesy. Czy nie tego wszyscy chcemy?

Iwona Goleniewicz z tiande - Blog o MLM, marketing sieciowy, network marketingtianDe jest prężną, ale wciąż mało znaną w Polsce firmą. Jak to się stało, że na nią trafiłaś?

Iwona Goleniewicz: Tak naprawdę dość niefortunnie. Słyszałam co nieco o tianDe, ale zainteresowałam się nim dopiero, kiedy życie postawiło mnie w bardzo trudnej sytuacji. Wywodzę się ze sprzedaży bezpośredniej i tu zawsze czułam się jak ryba w wodzie, ale w tamtym czasie dopiero otwierałam się na MLM-y, dość mocno przyglądałam się firmie Lyoness. Szybko jednak odkryłam, że cały ten biznes w Polsce opiera się na niejasności przekazu i słabej duplikacji, więc byłam trochę zrażona. Koleżanki mówiły mi wtedy: „Iwona, jest taka firma kosmetyczna”, ale dla mnie to było nie do pomyślenia! Budując zespoły sprzedaży bezpośredniej nigdy nie sądziłam, że kiedyś odnajdę się w firmie kosmetycznej.

Poza tym ja tak naprawdę nigdy nie byłam zbyt kosmetyczna. Oczywiście lubię dobre rzeczy, ale nie czerpię wielkiej frajdy z robienia makijażu czy posiadania kilkunastu szminek. Nie mam potrzeby otaczania się wieloma kosmetykami. I tak naprawdę cały czas uciekałam… Koleżanki wiedziały, że jestem na etapie, w którym czegoś potrzebuję, ale ja ciągle mówiłam im: „dajcie mi spokój; wszystko, tylko nie firma kosmetyczna”.

A co sprzedawałaś wcześniej?Top lider MLM Iwona Goleniewicz

Pościele wełniane. Zajmowałam się tym 12 lat, budując profesjonalny zespół sprzedawców. Opuściłam tę branżę, bo w mojej ocenie została bardzo zniszczona, nie było w niej już jakości i wiedziałam, że nic już tam nie osiągnąć. Prosiłam wszechświat o coś, co będzie na samym początku, nieznane – bo to tak naprawdę najlepszy moment, żeby się danym biznesem zająć. No ale musiałam to „coś” czuć.

Poczułaś tianDe?

Pojechałam do koleżanki, która jest prawniczką. Zaprosiła mnie na ciasto – uwielbiam słodycze – a przy okazji zrobiła mi podstawowy zabieg tianDe, Master Class na dłonie. Byłam pod wielkim wrażeniem efektów. Zobaczyłam doskonałą jakość w bardzo przyzwoitych cenach i to mnie urzekło w tianDe. Bo jeśli jest dobry produkt, który kosztuje 200-300 zł, to ta cena w pewien sposób nobilituje do jakości, natomiast nie zawsze idzie to ze sobą w parze. A jeśli produkt kosztuje niewiele i działa tak rewelacyjnie…

Jakość zawsze była dla mnie ważna, w swoim życiu otaczałam i otaczam się dość drogimi rzeczami, ale nie musiałam mieć ich dużo. W tianDe to połączenie ceny z jakością mnie zauroczyło. Poczułam, że to coś ciekawego i że powinnam w tym poszperać. Podpytałam koleżanki, która sama jest użytkownikiem produktów, do kogo mogę się udać, żeby dowiedzieć się więcej – wtedy pojechałam do Katowic, do centrum tianDe Silesia prowadzonego przez Mirka i Patrycję Milic. Mirek opowiedział mi o firmie, a w międzyczasie poszukałam informacji na własną rękę i okazało się, że filozofia marki jest mi bardzo bliska: medycyna chińska, kultura wschodu połączona z nauką. Słowo „połączenie” to zresztą klucz do mojej współpracy z tianDe.

Wkrótce przekonałam się, że jest to MLM dość trudny, ale przy tym niezwykle fascynujący. Trudny, bo tu nie ma jednego kanonu, jednej ścieżki. Każdy, kto tu przychodzi, ma za zadanie odkryć siebie – a ja bardzo tego pragnęłam. Może to też stanowi powód, dla którego nie idę jak burza, ale to co robię jest bardzo stabilne i pozwala mi właśnie odkrywać siebie. Połączyłam biznes z mocnym, głębokim rozwojem osobistym. Sama firma ma w moim odczuciu pewną głębię: w swojej filozofii, podejściu do produktów, biznesu… To mnie urzekło.

tianDe jest jak kopalnia. Im głębiej kopiesz, tym większe pokłady odkrywasz.

tianDe nie wytycza reguł?

Tu każdy ustala własne ramy działania. Nie mamy pakietów startowych, tak powszechnych w innych firmach, nic nie musimy – ale wiele możemy. Zasady są, ale zupełnie inaczej zdefiniowane.

Jedną z takich zasad na pewno jest dowolność. W tianDe można robić MLM, ale można też prowadzić bardziej klasyczny, franczyzowy biznes i wybór należy tylko do danej osoby. Jaką drogą Ty poszłaś?

Znów drogą połączenia. Buduję sieci konsumenckie i managerskie, prowadzę też tradycyjną hurtownię, a nawet włączyłam tu sprzedaż bezpośrednią. Odkąd skończyłam 21 lat, żyłam wyłącznie ze sprzedaży i nigdy się w tym zawodzie nie wypaliłam. Kocham sprzedaż bezpośrednią, chciałam, by była częścią mojej przygody z tianDe. Dopiero na tej bazie zaczęłam uczyć się MLM-u, odkrywać go… Ciągle jestem w trakcie.

A jak wyglądały początki współpracy z tianDe? Przeskok ze sprzedaży bezpośredniej do marketingu sieciowego okazał się trudny czy wręcz przeciwnie – zupełnie naturalny?

Nie było to trudne, ale też nie ukrywam, że nie było łatwe. Przyszłam do tianDe z wielkim zapałem, zaczęłam entuzjastycznie organizować spotkania, poznawać ludzi, z kolei ludzie poznawali tianDe. Niestety to, co zbudowałam przez pierwsze 3-4 miesiące, po prostu się posypało. Osoby, które poznałam i zrekrutowałam na początku, bardzo szybko odpadły i nie ma ich dziś w moich strukturach. Dziś wiem, że to dość powszechne zjawisko, ale wtedy bardzo mocno płakałam. Przyszedł moment podjęcia decyzji: czy zaciskam zęby i uczę się tego dalej czy szukam czegoś innego. I powiedziałam sobie, że to zrobię. Po tym czasie zaczęłam na wszystko patrzeć inaczej. Zaczęłam bardzo szybko rozumieć, że nie chodzi tu o sprzedaż. Chodzi o relacje.

Jednocześnie dziś buduję swój zespół w oparciu o produkty. Trzeba je kochać, żeby zarażać swoją miłością innych. Być może to wolniejszy sposób na budowę biznesu, ale jak już wspomniałam – stabilny.

Top lider MLM Iwona GoleniewiczCzy to właśnie ta miłość daje Ci motywację do działania?

Tak. Produkty tianDe są naprawdę cudowne. Kiedy przychodzą ciężkie momenty – bo nie zawsze jest lekko – to czerpię siłę z kosmetyków. Myślę wtedy, że ludzie zasługują na to by, je poznać.

Mamy fenomenalne produkty w bardzo dobrych cenach, na które stać każdego: i emeryta, i nauczyciela, i studenta. Polskie realia są takie jakie są, mam świadomość przeciętnych pensji i wiem, że wiele osób po prostu nie jest w stanie kupić sobie dobrego kremu za 130 zł. Ale za 30 zł, albo za 50 zł – żaden problem. Kiedy pokazuję klientom zniżkę, to otrzymują tak naprawdę drogeryjną cenę, a jakość jest do tego wręcz niewspółmierna.

Wydaje mi się, że kiedy przyszłam do tianDe, to od razu myślałam o sprzedaży hurtowej. Nie zastanawiałam się jak sprzedać 3 produkty, tylko jak zrobić z tego maszynkę. Jak mówiłam, to był dla mnie trudny moment w życiu – nie miałam nawet na Master Class! A teraz, po 5 latach, widzę, że zrobiłam coś z niczego. Mam poczucie, jakby cały wszechświat mi sprzyjał… Jakbym weszła na właściwą drogę i wszystkie klocki zaczęły wpadać na swoje miejsce. Wspomniałam już, że modliłam się o taką firmę, która dopiero zaczyna – i znalazłam. Nie przewidziałam tylko, że będą to kosmetyki [śmiech].

Nie uwierzysz, ale to było moje największe ograniczenie. Wszystko bym przewidziała, ale kosmetyki? Jak ja mam na tej drobnicy zarobić? Z czegoś trzeba żyć. Trzeba mieć pieniądze na zatankowanie samochodu, żeby w ogóle dojechać do klienta, zrobić prezentację. Nie widziałam tutaj możliwości. W „pościelach” byłam nauczona wyższej jednorazowej prowizji, w tianDe naprawdę trudno było mi się więc przemóc.

Co mi pomogło? To, że „poczułam” tianDe. Intuicja podpowiadała mi, że oto coś fajnego, coś dla mnie, i po prostu szłam za tym głosem.

A co – oprócz kosmetyków – było dla Ciebie największym wyzwaniem?

Tak naprawdę trudne było otwarcie się na biznes. Dopiero ostatnio uświadomiłam sobie, że byłam na niego zamknięta, a wpływ na to na pewno miały moje wcześniejsze przeżycia. Dwa razy splajtowałam, zresztą całe moje życie to trochę sinusoida i chyba to wszystko spowodowało, że po prostu zamknęłam się w sobie. Choć tak naprawdę od najmłodszych lat byłam bardzo biznesowa! Zawsze miałam w sobie taką „liderską jakość”.

Pamiętam, jak byłam w zerówce, a moja mama – na moje nieszczęście – była dyrektorką placówki. W związku z tym oczywiście zawsze musiałam świecić przykładem i nie wykraczać poza ramy. Kiedyś zabrałam wszystkie dzieci na wagary na zabawę na tory. Nieźle wtedy oberwałam od nauczycielki i usłyszałam takie słowa: „Jak mogłaś, nie spodziewaliśmy się tego po tobie!”. A ja chciałam tylko pokazać dzieciakom, że zabawa na torach może być super i bezpieczna, tylko trzeba wiedzieć jak się bawić.

Tak więc te rzeczy były we mnie od zawsze. Z czasem to w sobie zabiłam… Dziś uczę się akceptować to, że jestem niestandardowa, mam duszę indywidualistki. Lubię eksperymentować. Wytaczam nowe szlaki i tak działam też w tianDe.

Przepracowałam na etacie tylko 3 lata i wiem, że się do tego nie nadaję. Nie uznaję nad sobą szefa – chyba, że jest to bardzo mądry szef, a o to bardzo trudno. Zresztą ja sama jestem trudna we współpracy, mam swoje pomysły, więc sama chciałam być szefem dla siebie. Wciąż otwieram się na działanie we własnym rytmie.

A jak pomagają Ci w tym Twoi liderzy?

Przede wszystkim Mirek i Patrycja pozwalają mi pracować po swojemu, za co bardzo im dziękuję. Nie naciskają na zmianę kierunku, nie tworzą presji, by coś zmienić. Przyznaję, że w MLM wybrałam drogę pod górkę – każdy kolejny krok odkrywam na własną rękę. Działam zgodnie z tym co czuję i bardzo się przy tym rozwijam.

Nie wiem, czy dojdę na szczyt w tianDe. Ale po drodze czerpię radość z odkrywania własnych rozwiązań.

Sama jesteś już Złotym Dyrektorem. W jaki sposób pracujesz z liderami w swojej strukturze?

Trudne pytanie. Jestem samotniczką – sama nie wiem co robię w MLM [śmiech]. Przyciągam na szczęście podobnych ludzi i razem uczymy się pracy w marketingu sieciowym.

Wiele osób w moim zespole nie odkryło jeszcze swojej ścieżki w tianDe, wciąż szukają miejsca dla siebie. Niczego na nich nie wymuszam, bo uważam, że nie tędy droga, nie namawiam też do jakiegoś naśladownictwa 1 do 1. Staram się wspierać każdy wybór i jestem bardzo wdzięczna wszystkim, którzy ze mną współpracują. Są życzliwi, wierni… a wcale niełatwo ze mną pracować.

Iwona Goleniewicz z tiande - Blog o MLM, marketing sieciowy, network marketingI chyba równie niełatwo to przyznać.

Cóż… Nie ma się też czego wstydzić. Jak wspomniałam – działam po swojemu i kieruję się swoim indywidualizmem. Unikam płycizny, która niestety pojawia się w MLM. Potrzebuję czegoś więcej.

Za kulisami zdradziłaś mi, że także Twój syn działa w tianDe. Jak to się stało?

To jeden z moich pierwszych liderów [śmiech]. Jak to się stało? Cała moja rodzina jest w tianDe, również mój 70-letni tato. Nie traktuje on tego co prawda bardzo biznesowo, ale ta współpraca przedłuża mu młodość.

A mój syn, Bartek, jest bardzo podobny do mnie. Od początku wykazywał się naturalną otwartością na sprzedaż, skłonnością do takiego „handelku”. Lubi ruch. Natomiast borykał się z pracą etatową, to nie było dla niego… Pomyślałam, że znalazłam dla niego zajęcie i że jeśli tylko otworzy się na ten biznes, stanie się świetną inspiracją dla młodych ludzi.

Bartek zaczął się wdrażać, działa, żyje z tego – ba! mieszka z dziewczyną, która też zajmuje się tianDe. Moja córka również wkracza w ten świat, a ja swoją działalność prowadzę z partnerem. Więc jak mówiłam, to biznes rodzinny pełną parą.

Zbliżając się do końca naszej rozmowy, powiedz co właściwie dał Ci MLM? Jak praca w tym modelu wpłynęła na Twoje życie?

Kiedyś przeczytałam takie zdanie, że praca w MLM jest najwyższą formą wolności – a dla mnie wolność to niezwykle ważna wartość w życiu. Dlatego jeśli chcę być naprawdę wolna, to to jest moje miejsce.

Jak już wspomniałam, nie nadaję się do pracy dla kogoś. Tutaj robię co chcę, z takim czy innym skutkiem, ale biorę pełną odpowiedzialność za swoje działania i ich rezultaty. Dzięki marketingowi sieciowemu i tianDe jestem wolna i mogę być szczęśliwa. Nie robię kasy dla samej kasy. Dobrze mi z tym.

Czy zaczynając w marketingu sieciowym od nowa, zmieniłabyś coś?

Nie. Zrobiłabym wszystko tak samo, łącznie z upadkami. Wierzę, że nie ma sukcesu bez porażki i nie wiem czy byłabym w tym miejscu, w którym jestem, gdybym się kilka razy nie potknęła.

Powiązane artykuły

Zastaw komentarz